top of page

Mój Instagram to mój dom. I nie każdy musi czuć się w nim jak u siebie.

11 minut temu
7 minut(y) czytania

O prowadzeniu własnego konta, stawianiu granic i urządzaniu swojej przestrzeni po swojemu, nawet jeśli komuś bardziej podobałyby się inne firanki.



Wyobraź sobie, że właśnie urządzasz dom. Nie taki z katalogu wnętrzarskiego, w którym każda poduszka leży pod odpowiednim kątem, a na kuchennym blacie nie ma nawet okruszka. Zwyczajny, Twój własny dom. Taki, w którym rano pijesz kawę ze swojego ulubionego kubka, choć dawno stracił połowę nadruku, a na półce stoją rzeczy, które dla kogoś obcego nie mają żadnej wartości, ale Tobie przypominają ważne chwile. Wybierasz kolory ścian, przestawiasz meble, zastanawiasz się, gdzie powiesić obraz. Czasem zmieniasz zdanie, bo coś, co świetnie wyglądało w sklepie, zupełnie nie pasuje do Twojego salonu. Innym razem kupujesz coś bez większego zastanowienia i okazuje się, że właśnie tego brakowało. Urządzasz go tak, żeby dobrze Ci się w nim żyło.


A teraz wyobraź sobie, że pewnego dnia ktoś zatrzymuje się przed Twoim oknem, zagląda do środka i oznajmia, że te firanki są okropne. Że kanapa powinna stać pod drugą ścianą. Że zdecydowanie za dużo tu różowego. Że w ogóle nie tak powinno się urządzać mieszkania, bo przecież są pewne zasady. Możesz oczywiście wysłuchać tej opinii. Możesz nawet przez chwilę zastanowić się, czy przypadkiem ta kanapa rzeczywiście nie wyglądałaby lepiej gdzie indziej. Ale czy naprawdę musisz przemeblować cały salon dlatego, że komuś, kto akurat przechodził chodnikiem, nie spodobało się to, co zobaczył przez okno?

Właśnie w ten sposób myślę o swoim Instagramie.


Drzwi są otwarte, ale to nie znaczy, że każdy ma prawo się rozgościć


Lubię gości. Lubię, kiedy ktoś wpada na kawę, zostaje trochę dłużej, opowiada o swoich doświadczeniach, zadaje pytania, a czasem ma zupełnie inne zdanie niż ja. Przecież rozmowa nie polega na tym, że wszyscy siedzimy przy stole i potakujemy sobie nawzajem. W dobrym towarzystwie można się nie zgadzać, można dyskutować, można nawet trochę się posprzeczać, a później spokojnie dolać sobie herbaty.


Jest jednak różnica między kimś, kto przychodzi porozmawiać, a kimś, kto przekracza próg wyłącznie po to, żeby skrytykować gospodarza. Wyobraź sobie gościa, który od wejścia komentuje wystrój, zagląda do szafek, podważa każdą Twoją decyzję, a kiedy próbujesz coś wyjaśnić, jeszcze podnosi głos. Nie interesuje go rozmowa ani poznanie Twojego punktu widzenia. Przyszedł po prostu powiedzieć Ci, jak bardzo wszystko robisz źle.


Czy zaprosiłabyś go ponownie? Prawdopodobnie nie. A jednak w internecie bardzo często oczekuje się od nas, że będziemy takich gości przyjmować z uśmiechem, cierpliwie odpowiadać na każdą zaczepkę i tłumaczyć się z rzeczy, z których we własnym domu nigdy nie przyszłoby nam do głowy się tłumaczyć. Bo przecież skoro publikujesz coś publicznie, musisz liczyć się z komentarzami.


Oczywiście, że musisz. Publiczne konto oznacza, że różni ludzie mogą zobaczyć Twoje treści, ocenić je, a nawet skrytykować. Nie oznacza jednak obowiązku uczestniczenia w każdej dyskusji ani udostępniania swojej przestrzeni komuś, kto konsekwentnie okazuje Ci brak szacunku. Można nie zgadzać się z gospodarzem i nadal zachowywać się przyzwoicie. Można też po prostu wyjść.

Nie każda zamknięta dyskusja jest oznaką braku dystansu. Czasem jest zwyczajnym postawieniem granicy.



Nie będę wieszać firanek dla ludzi, którzy nawet nie zamierzają wejść


Pamiętam takie domy, w których szczególną uwagę przywiązywało się do tego, jak wszystko wygląda od ulicy. Firanki musiały być idealnie ułożone, parapety wysprzątane, a ogródek wypielęgnowany tak, żeby sąsiedzi nie mieli powodów do komentarzy. Nieważne, że domownicy woleliby coś zupełnie innego. Najważniejsze, żeby z zewnątrz wszystko wyglądało, jak należy.


W mediach społecznościowych bardzo łatwo wpaść w podobny sposób myślenia. Zaczynasz zastanawiać się nie nad tym, co chcesz powiedzieć, ale nad tym, jak zostanie to odebrane. Czy zdjęcie jest wystarczająco profesjonalne? Czy wypada napisać coś bardziej osobistego? Czy taki żart pasuje do konta firmowego? Czy nie powinnaś publikować częściej, mówić poważniej, pokazywać więcej albo przeciwnie, trochę mniej? I nagle okazuje się, że we własnym salonie nie możesz wybrać koloru ścian, bo próbujesz pogodzić gust kilkuset osób, z których większości nawet nie znasz.


Oczywiście, prowadząc konto firmowe, warto myśleć o odbiorcach. W końcu komunikacja nie jest monologiem, a treści powinny być zrozumiałe i przydatne dla ludzi, do których chcemy dotrzeć. Ale uwzględnianie potrzeb odbiorców nie jest tym samym co podporządkowywanie im własnej osobowości.


Mogę zadbać o to, żeby goście czuli się u mnie dobrze, nie rezygnując przy tym z rzeczy, które sprawiają, że ten dom jest mój. Mogę wybrać wygodne krzesła, zaparzyć dobrą kawę i zadbać o przyjemną atmosferę. Nie muszę jednak przemalowywać ścian za każdym razem, kiedy ktoś powie, że nie lubi różowego.


Nie każda rzecz w moim domu musi być na sprzedaż


Jest jeszcze jedna rzecz, o której myślę, kiedy planuję publikacje. W moim domu są pomieszczenia, które mają różne przeznaczenie. W kuchni rozmawia się o codziennych sprawach. W salonie przyjmuje gości. Przy biurku pracuje, planuje i podejmuje decyzje. Są też miejsca, w których po prostu odpoczywa się od wszystkiego. Nie oczekuję, że każda rozmowa przy kuchennym stole zakończy się podpisaniem umowy. Dlaczego więc miałabym oczekiwać tego od każdej publikacji?


Na moim Instagramie pokazuję realizacje, opowiadam o projektowaniu, dzielę się wiedzą i przedstawiam swoją ofertę. To ważna część mojej pracy, bo właśnie dzięki temu potencjalne klientki mogą zobaczyć, czym się zajmuję, jak pracuję i czy chciałyby powierzyć mi swoją markę.

Ale czasem mam ochotę pokazać coś zupełnie innego. Napisać o przemyśleniu, które przyszło mi do głowy przy porannej kawie. Opowiedzieć o trudniejszym dniu. Podzielić się czymś, co mnie rozbawiło, zdenerwowało albo zwyczajnie zainteresowało. I nie zamierzam za każdym razem zastanawiać się, jak połączyć to z ofertą, żeby przypadkiem nie zmarnować okazji do sprzedaży. Nie każda kawa musi prowadzić do konsultacji. Nie każde zdjęcie musi być dowodem moich kompetencji. Nie każda historia potrzebuje wezwania do działania. Czasami publikacja może być po prostu rozmową. Taką, po której nikt niczego nie kupuje, ale obie strony wychodzą z poczuciem, że miło było się spotkać.




Nie będę wychodzić na balkon i krzyczeć, żeby ktoś mnie zauważył


Wyobraź sobie spokojne popołudnie. Siedzisz w domu, zajmujesz się swoimi sprawami, a nagle ktoś z sąsiedniego budynku wychodzi na balkon i zaczyna krzyczeć. Najpierw opowiada o sobie, później zachwala swoje usługi, a na końcu domaga się, żeby wszyscy natychmiast podeszli do okien. Następnego dnia robi to samo. I kolejnego również. Po pewnym czasie być może rzeczywiście wszyscy wiedzą, kim jest. Tylko czy ktokolwiek ma ochotę go odwiedzić?


Czasem, obserwując to, co dzieje się w mediach społecznościowych, mam wrażenie, że właśnie do tego sprowadza się wiele porad dotyczących budowania widoczności. Mów głośniej. Publikuj częściej. Przyciągaj uwagę za wszelką cenę. Zaskakuj. Prowokuj. Wywołuj emocje. Nie pozwól, żeby ktokolwiek przeszedł obok obojętnie. Nie twierdzę, że te metody nie działają. Niektóre rzeczywiście potrafią przyciągnąć ogromną uwagę. Tylko że uwaga sama w sobie nie jest jeszcze relacją, a rozpoznawalność nie zawsze oznacza zaufanie.


Wolę, kiedy ktoś zatrzymuje się przed moimi drzwiami dlatego, że zainteresowało go to, co robię, a nie dlatego, że krzyczę najgłośniej na całej ulicy. Nie muszę organizować przedstawienia na balkonie, żeby pokazać, że w środku dzieją się ciekawe rzeczy.


Czasem przestawiam meble. I nie muszę tego z nikim konsultować


Mój Instagram zmieniał się razem ze mną. Tak samo jak dom, który urządzamy przez lata. Na początku wybieramy rzeczy, które wydają nam się idealne. Później odkrywamy, że potrzebujemy więcej miejsca, innego światła albo po prostu czegoś, co lepiej odpowiada naszemu obecnemu życiu. Przestawiamy stół. Zdejmujemy obraz. Malujemy ścianę, choć poprzedni kolor wcale nie był zły. Nie dlatego, że ktoś nas do tego zmusił. Po prostu już nam nie pasuje.


Z kontem na Instagramie jest podobnie. To, że kiedyś publikowałam w określony sposób, nie oznacza, że muszę robić to do końca życia. Mogę zmienić estetykę, sposób opowiadania o swojej pracy, tematykę treści czy częstotliwość publikowania. Mogę też uznać, że czegoś nie chcę już pokazywać. Nie wszystko, co kiedyś było dla mnie naturalne, musi pozostać takie na zawsze.


Własna marka nie jest przecież mieszkaniem pokazowym, które po urządzeniu trzeba zamknąć i przez następne dziesięć lat pilnować, żeby nikt nie przesunął wazonu. To przestrzeń, w której cały czas coś się dzieje. A ja mam prawo ją zmieniać.


Są też drzwi, których nie otwieram


Kiedy zapraszasz kogoś do domu, nie oznacza to, że automatycznie udostępniasz mu wszystkie pomieszczenia. Możesz spędzić z kimś wspaniałe popołudnie, opowiedzieć mnóstwo historii, pokazać zdjęcia z wakacji, a jednocześnie nie mieć najmniejszej ochoty zapraszać go do sypialni czy pozwalać mu przeglądać dokumenty w szufladzie. I nikt rozsądny nie powinien mieć o to pretensji.


W internecie te granice bywają znacznie mniej oczywiste. Kiedy pokazujemy fragmenty swojego życia, niektórzy zaczynają traktować je jak zaproszenie do poznania całej reszty. Pojawiają się pytania, oczekiwania, czasem nawet pretensje, że czegoś nie ujawniamy. Tymczasem można być autentycznym, nie opowiadając o wszystkim. Można pokazywać swoją codzienność, nie zamieniając prywatności w treść. Można budować bliską relację z odbiorcami, zachowując część życia wyłącznie dla siebie i swoich najbliższych. To, że ktoś widzi przez otwarte drzwi mój salon, nie oznacza, że otrzymał klucze do całego domu.


A jeśli komuś nie podoba się mój dom?


To też jest w porządku. Naprawdę. Są domy, do których wchodzimy i od razu czujemy się dobrze. Podoba nam się światło, zapach kawy, sposób, w jaki gospodarz opowiada historie. Nawet jeśli nie wszystko urządzilibyśmy tak samo, mamy ochotę zostać jeszcze chwilę. Są też takie miejsca, w których po prostu nie czujemy się u siebie. I nie musi to oznaczać, że z tym domem jest coś nie tak. Może lubimy inne kolory, inne rozmowy, inną atmosferę. Może szukamy czegoś, czego akurat tutaj nie znajdziemy. Wtedy najprościej jest pójść dalej.


Na Instagramie działa to dokładnie tak samo. Nie każde konto musi nam odpowiadać. Nie każdy twórca musi nas interesować. Nie ze wszystkimi musimy się zgadzać i nie każdy sposób prowadzenia biznesu będzie zgodny z naszym podejściem. Mamy przecież możliwość wyboru, kogo obserwujemy, czyje treści czytamy i komu poświęcamy swój czas. Nie trzeba przy tym zatrzymywać się przed cudzymi drzwiami tylko po to, żeby oznajmić gospodarzowi, że źle mieszka.



Chcę, żeby ludzie przychodzili do mnie, a nie do wyobrażenia o mnie


Prowadząc własną firmę, bardzo łatwo pomylić profesjonalizm z koniecznością nieustannego spełniania cudzych oczekiwań. Chcemy, żeby nas dobrze oceniano. Żeby nasza praca wzbudzała zaufanie, komunikacja była odpowiednia, a wizerunek spójny. I słusznie, bo sposób, w jaki przedstawiamy swoją markę, rzeczywiście ma znaczenie. Ale profesjonalizm nie wymaga rezygnacji z własnego charakteru. Nie wymaga też tworzenia osobowości specjalnie na potrzeby algorytmu.


W swojej pracy pomagam innym markom odnaleźć ich własny język wizualny. Szukamy kolorów, form i rozwiązań, które pasują nie tylko do branży czy grupy odbiorców, ale przede wszystkim do tego, czym dana marka naprawdę chce być. Trudno byłoby mi przekonywać innych do świadomego budowania własnej tożsamości, gdybym sama próbowała urządzać swoją przestrzeń według gustu wszystkich przechodniów.


Dlatego mój Instagram pozostanie miejscem, w którym jest trochę projektowania, trochę biznesu, trochę codzienności, czasem poważna rozmowa, a czasem zupełnie niepoważna historia. Nie zawsze będzie idealnie posprzątany. Nie każda publikacja będzie miała marketingowy cel. Zdarzy się, że zmienię coś bez wcześniejszego zapowiadania, a na niektóre komentarze zwyczajnie nie odpowiem, lub po prostu je usunę.


Nie dlatego, że nie zależy mi na odbiorcach. Wręcz przeciwnie. Zależy mi na tym, żeby ludzie, którzy tu zaglądają, wiedzieli, kogo naprawdę odwiedzają. Bo nie chcę mieć domu, który wszystkim podoba się z zewnątrz, ale w którym sama nie czuję się dobrze.


Chcę mieć miejsce, do którego lubię wracać. A jeśli ktoś usiądzie ze mną przy stole, napije się kawy, zostanie na dłużej i pomyśli, że dobrze mu się tutaj rozmawia, to znaczy, że urządziłam je całkiem nieźle.

Nawet jeśli firanki nie są w jego guście.

Jeśli czujesz się u mnie dobrze - rozgość się:)

 
 
 

Komentarze


LOVELY MEDIA

bottom of page